„Śmierć w Amazonii” Artur Domosławski

Hej, dzisiaj wrzucam cytaty z książki, która bardzo głęboko mnie poruszyła. Jest to dość szokujący reportaż na temat tego jak duże koncerny, a także my – zwykli ludzie, niszczymy środowisko naturalne, bogactwa Amazonii i życie innych ludzi. Szczerze polecam.

„Z refleksji socjologów i filozofów wiemy, że nowoczesne społeczeństwo kształtuje zachowania i działania moralnie naganne, wręcz odpychające, które nie napotykają oporu moralnego ani nie wywołują wyrzutów sumienia. Takie nowoczesne społeczeństwo potrafi wciągnąć w swoje tryby, na przykład realizację podboju, wywołanie wojny, popełnianie zbrodni, miliony jednostek całkowicie lub prawie całkowicie nieświadomych, że biorą udział w czynieniu zła. Ludzie ci – jak pisze Zygmunt Bauman – >>w żadnym momencie działania nie są zmuszeni do podejmowania świadomie trudnych wyborów moralnych ani do przełamywania wewnętrznych oporów sumienia<<. Innymi słowy: nowoczesne społeczeństwo wytwarza u jednostek moralną ślepotę na masową skalę.

Bauman rozważa przykład robotników fabryki broni, którzy cieszą się z nowych zamówień i dobrej kondycji ekonomicznej przedsiębiorstwa, a zarazem szczerze opłakują masakry dokonywane nawzajem przez Etiopczyków i Erytrejczyków. Nie zastanawiają się, że być może broń, którą produkują – dzięki czemu mogą cieszyć się z poprawy sytuacji materialnej swojej i firmy dającej im pracę – trafia w ręce bojowników tej czy innej wojny, której ofiary wywołują uczucia autentycznego smutku i troski. […]

>>Tworzy się – pisze Bauman – duży dystans między zamiarem a jego praktycznym urzeczywistnieniem, zaś przestrzeń ta wypełniona jest dużą liczbą drobnych działań, wykonywanych przez mało znaczących pośredników<<.

Wniosek: nikogo nie powinien dziwić udział normalnych, porządnych, uczciwych ludzi w działaniach i procesach, które owocują zniszczeniami, okrucieństwami, zbrodniami. Jakżeż w codziennej krzątaninie – podpisywaniu zamówienia na ileś ton surówki hutniczej, drewna czy wołowiny, kupnie półproduktu od kontrahenta, negocjowaniu kontraktu z siecią supermarketów, zakupie nowego samochodu czy lodówki – dopatrywać się związku drobnej czynności, samej w sobie moralnie obojętnej, ze zbrodnią przeciwko środowisku czy zabójstwem wieśniaków w małej miejscowości na końcu świata?

Powiada Bauman: >>Powiększenie się dystansu fizycznego i/albo psychicznego między działaniem a jego konsekwencją powoduje nie tylko atrofię hamulców moralnych – pozbawia działanie moralnego znaczenia i eliminuje w zarodku konflikt między osobistą postawą moralną a niemoralnością społecznych konsekwencji działania. W sytuacji, gdzie większość istotnych społecznie działań składa się z długiego łańcucha złożonych poczynań przyczynowych i funkcjonalnych, traci się z oczu wszelkie dylematy moralne, zaś okazja do istotnego i świadomego wyboru moralnego pojawia się coraz rzadziej<<.

To nie sugestia, że nie ma odpowiedzialności, ani nie rada, żeby zapaść w beztroski sen. Raczej obserwacja bez nierealistycznych oczekiwań, że dostrzeżenie własnego udziału, współwiny, wymaga wysiłku, na który mało kogo stać.”

„Rok pięćdziesiąty pierwszy. Dziewiętnastoletni Szwed Sven Lindqvist, po latach sławny pisarz, płynie statkiem, który zawija do fiordu Trondheim w Norwegii. Na brzegu, w atmosferze zabawy, kiedy ktoś przedstawia go jako Szweda, miejscowa gospodyni, Norweżka, reaguje urazem. Wypomina chłopcu kolaborację jego kraju z Hitlerem: tranzyt wojsk III Rzeszy przez Szwecję do Norwegii. W czterdziestym drugim Lindqvist miał dziesięć lat. Mimo to usłyszał: >>Wystarczająco dużo, żeby podzielić się łupem<<. Zmieszał się, poczuł narastający gniew.

>>Spotkała mnie straszna niesprawiedliwość. Dlaczego oskarżono akurat mnie o coś, w czym brali udział także wszyscy inni Szwedzi? Albo nie brali. Jakby to była moja wina. Jakbym to ja ponosił za to odpowiedzialność… Czekając na załogę statku, układałem w myślach wielką mowę na swoją obronę. ‘Nie można winić dzieci za błędy rodziców. Każde nowe pokolenie rodzi się bez winy’<<.

Po latach […] przyszła inna refleksja na temat przykrego zdarzenia sprzed lat.

>>Dług zaciągnięty przez państwo przechodzi z pokolenia na pokolenie. Podobnie majątek narodowy, wielokrotnie przewyższający zadłużenie. Żeby być bogatym, wystarczyło urodzić się Szwedem. To, że żyłem lepiej niż mieszkaniec Konga czy Indonezji, nie było moją zasługą. Przyszedłem na świat jako spadkobierca nietkniętego wojną kraju i dobrze funkcjonującej gospodarki – mówiąc krótko, dobrze mi się powodziło, bo byłem Szwedem.

Czy mogłem więc, przyjmując dobre strony bycia Szwedem, odrzucić te złe? Dzięki dostawom rudy  żelaza, zgodzie na tranzyt wojsk i inne rażące odstępstwa od polityki neutralności Szwecja zachowała dobre stosunki z Niemcami i uniknęła wojny. To, że nigdy nie przeżyłem bombardowania, ostrzałów, a nawet nie musiałem chodzić spać głodny, zawdzięczałem tchórzliwej polityce mojego kraju. Gospodyni miała rację. Brałem udział w podziale łupu. A zatem powinienem ponieść odpowiedzialność.<<”


„Woda z naturalnych źródeł jest dla odległych społeczności Andów sercem wszystkiego. Daje życie ludziom i hodowanym zwierzętom, wokół jej zasobów tworzy się gospodarstwa. W miastach wodę ludziom do domów dostarczają wodociągi, w górach dostęp do jej źródeł naturalnych przesądza o przetrwaniu. Ponadto w wierzeniach autochtonów woda ma znaczenia sakralne.
W eksploatacji złota i innych metali, srebra czy miedzi, woda to też serce przedsięwzięcia. Bez dostępu do jej wielkich zasobów przemysł wydobywczy nie istnieje. Lokalni obrońcy środowiska wyliczają, że Yanacocha-Newmont przemiela dziennie sześćset tysięcy ton skał i kamieni. Na jedną tonę potrzeba trzech metrów sześciennych roztworu wody i cyjanku. Oznacza to, że każdego dnia koncern zużywa blisko dwa miliony metrów sześciennych wody.

Konflikt jest nieunikniony.

Znikanie lagun, wysychanie strumieni i rzek spowodowało, że do niektórych wiosek firma wodociągowa SEDACAJ dostarcza teraz wodę w cysternach. Wieśniacy, którzy od zawsze, jeszcze zanim Amerykę najechali konkwistadorzy, mieli wodę za darmo, muszą teraz płacić. Ta jedna jedyna rzecz uderza w nich ekonomicznie i rujnuje duchowo. Jest najbardziej namacalnym objawem rozpadu całego ich kosmosu. Płacić za wodę? Za najbardziej podstawowe paliwo, jakie daje każdej istocie żywej Pachamama – Matka Ziemia? Czy kiedyś ktoś zażąda, żeby płacić za powietrze? […] Zoila Vizconde, lat pięćdziesiąt pięć, wyrzuca z siebie złość I frustrację: płaci za wodę sto pięćdziesiąt soli (peruwiański sol jest nieco mocniejszy od polskiej złotówki). To kilkakrotnie więcej niż dziesięć, piętnaście lat temu. I ma ją w kranie przez dwie, trzy godziny dziennie. Zużycie zasobów wody przez kopalnie złota sprawia, że miejscowe wodociągi reglamentują wodę. W niektórych dzielnicach jest ona do pierwszej po południu, w innych od piątej do ósmej rano, a potem wieczorem od szóstej do siódmej. […]

badacze z miejscowego uniwersytetu zawiadomili stację uzdatniania wody El Milagro, że znaleźli niepokojące ilości sześciowartościowego chromu, manganu, żelaza, miedzi i cyjanku. Woda uzdatniana w tej stacji pochodzi z Rio Grande, głównej rzeki w regionie. Władze lokalne i firma obsługująca wodociągi przeprowadziły badania, które – jak poinformowano oficjalnie – nie dały jednoznacznych wyników. Gazeta napisała, że nawet dyrektorzy Yanacocha-Newmont, którzy zawsze mówią, że wodę oczyszczoną wpuszcza się z powrotem do rzek, nie byli pewni stanu jej czystości. W dwa tysiące piątym w szkole Davy College, w której uczyły się dzieci pracowników koncernu, pojawiły się plakaty z ostrzeżeniami po angielsku i hiszpańsku, żeby nie pić kranówki.

Ostatnie duże badania wody przeprowadzono tu w dwa tysiące dziesiątym i wyszło, że woda, która płynie z kranów w Cajamarce, zawiera trihalometany. Są to substancje toksyczne, które nie ulegają biodegradacji i powodują raka. Jeden z dawnych szefów wodociągów ostrzegał publicznie, że ludzie nie powinni pić tej wody.”


„Pod koniec dwa tysiące jedenastego w kręgach rządowych i środkach przekazu zaczyna się mówić o raporcie Estudio del impacto ambiental (EIA). Raport opisuje wpływ projektu Conga na środowisko. Jest korzystny z punktu widzenia firmy Yanacocha-Newmont – nic dziwnego, to koncern sfinansował jego powstanie. […]

Zespół reporterów śledczych zaczyna węszyć. Pierwsze zdziwienie: ministerstwo ochrony środowiska nie otrzymało raportu. Jeden z wiceministrów prosi resort energii i kopalń o przesłanie tekstu do zaopiniowania. Zdziwienie drugie: adresat milczy. Kolejną prośbę wysyła inny wiceminister. Zdziwienie trzecie: udaje mu się uzyskać raport, niestety bez kilku kluczowych aneksów. Cały dokument ministerstwo ochrony środowiska otrzymuje dopiero z biura koncernu, szefowie firmy wolą nie ryzykować obstrukcji kluczowego w tej sprawie ministra.

Po zapoznaniu się z raportem minister ochrony środowiska wcale nie ma o nim dobrego zdania. Na jedenastu stronach grupa resortowych urzędników i analityków, pod kierunkiem wiceministra Jóse de Echave, stwierdza, że projekt Conga zmieni w sposób nieodwracalny zasoby wody w regionie, że doprowadzi do zamknięcia kilku ekosystemów, w tym czterech lagun; dwie z nich mają stać się gigantycznym zbiornikiem odpadów skażonych chemikaliami. W opinii ministerialnych ekspertów, laguny pełnią rolę regulatora zasobów wodnych, podobną do roli lodowców. Ministerstwo ma zażądać od koncernu przeprowadzenia dodatkowych badań, które oszacują skutki eksploatacji nowych złóż – społeczne, ekonomiczne, dla środowiska – na różnych etapach produkcji. […]

Kilka dni po napisaniu owych krytycznych jedenastu stron o Conga do dymisji podaje się wiceminister Jose de Echave, ten, który kierował zespołem ekspertów. Mówi, że rząd nie ma strategii rozwiązywania konfliktów takich jak rozgrywający się wokół Conga. Krótko po tym dochodzi do wymiany całego rządu. […]

Nowy minister ochrony środowiska Manuel Pulgar, spytany w telewizji o krytyczne opracowanie na temat projektu Conga, stwierdza, że nie może go znaleźć. […]

Zespół Gorritiego z elegancką ironią ogłasza, że to oni, reporterzy, znaleźli opracowanie i dostarczą je wszystkim zainteresowanym w internecie. Dziennikarze piszą z przekąsem, że tytuł opracowania nie sugeruje, iż chodziło o „pomoc dla pamięci” czyli „dokument wewnętrzny”, lecz o Raport 001-2011. Oznacza to, że tekst ma charakter oficjalny, że przeszedł przez ręce ministra i trafił na biurko prezydenta.”

Reklamy

„Oślepienie”

          Robin Cook jest według mnie mistrzem medycznych thrillerów. „Oślepienie” trzyma w napięciu już od pierwszej strony. Przygotujcie się na niezłą akcję i lekkie mdłości! Poniżej przedsmak tego co możecie znaleźć w księżce.

 


 

          „Kolosalna dawka stężonej kokainy pod naciskiem tłoka wydostała się ze strzykawki do żyły łokciowej Duncana Andrewsa. Natychmiast odezwały się alarmy chemiczne. Niektóre komórki krwi i enzymy osocza zwane jako cholesterazy zaatakowały cząsteczki kokainy jako część grupy związków zwanych alkaloidami; związki te wytwarzane są przez rośliny i należą do nich takie fizjologicznie czynne substancje, jak kofeina, morfina, strychnina i nikotyna.

          Podejmując rozpaczliwą, choć daremną próbę obrony przed tą gwałtowną inwazją, enzymy osocza znane jako cholesterazy zaatakowały kokainę, rozkładając część obcych cząsteczek na fizjologicznie nieczynne fragmenty. Dawka była jednak przytłaczająca. W ciągu paru sekund kokaina przemknęła przez prawą komorę serca do płuc, a następnie do innych części ciała Duncana.

          Farmakologiczne skutki działania narkotyku zaczęły pojawiać się niemal natychmiast. Część cząsteczek kokainy dostała się do tętnic wieńcowych, powodując ich zwężenie i zmniejszenie dopływu krwi do serca. Jednocześnie rozpoczęło się przenikanie kokainy z naczyń wieńcowych do płynu zewnątrzkomórkowego otaczającego ciężko pracujące włókna mięśnia sercowego. Obcy związek zaczął tam zakłócać ruch jonów sodowych przez błony komórkowe, mający kluczowe znaczenie dla funkcji skurczowych mięśnia sercowego. W wyniku tego zdolność przewodzenia bodźców w sercu oraz jego kurczliwość zaczęły się zmniejszać.

          W tym samym czasie cząsteczki kokainy dotarły przez tętnice szyjne do mózgu i bez najmniejszego trudu przeniknęły barierę krew-mózg. Zaczęły krążyć między bezbronnymi komórkami mózgowymi, skupiając się w miejscach zwanych synapsami, przez które komórki nerwowe utrzymują łączność między sobą.

          Właśnie w synapsach działanie kokainy było najbardziej perfidne. Przejmowała na siebie nie swoją rolę. Chemiczne właściwości cząsteczki kokainy sprawiały, że jej zewnętrzna część była błędnie rozpoznawana przez komórki nerwowe jako neurotransmiter, czyli adrenalina, noradrenalina lub dopamina. Działając na zasadzie wytrycha, cząsteczki kokainy wnikały do molekularnych pomp absorbujących te neurotransmitery i blokując je, nagle zatrzymywały ich pracę.

          Wynik był łatwy do przewidzenia. Ponieważ reabsorbcja neurotransmiterów była zablokowana, utrzymywał się ich efekt stymulujący. A stymulacja prowadziła do dalszego wyzwalania neurotransmiterów w ramach swoistej spirali pobudzenia. Komórki nerwowe, które normalnie wróciłyby do stanu uspokojenia, zaczynały reagować seriami impulsów.

          Aktywność komórek mózgowych stopniowo narastała, zwłaszcza w ośrodkach zadowolenia położonych głęboko pod korą mózgową. Tutaj głównym neurotransmiterem była dopamina. Z przewrotną predylekcją kokaina zablokowała pompy dopaminowe, doprowadzając do gwałtownego wzrostu stężenia dopaminy. Obwody nerwowe unikatowo połączone dla zapewnienia przetrwania gatunku znalazły się w stanie silnego pobudzenia, wypełniając ekstatycznymi bodźcami linie przesyłowe do kory mózgowej.

          Ale ośrodki nie były jedynymi zaatakowanymi częściami mózgu Duncana, tylko jednymi z pierwszych. Wkrótce pojawiły się bardziej ponure efekty inwazji kokainy. Dotyczyły one filogenetycznie starszych ośrodków mózgu regulujących takie funkcje, jak oddychanie i koordynacja mięśni, Pobudzone zostały nawet obszary kontrolujące termoregulację i wymioty.

          Sytuacja niebyła więc dobra. Wśród gwałtownego napływu przyjemnych bodźców wytwarzał się stan złowróżbny. Na horyzoncie powstała ciemna chmura zapowiadająca straszliwą burzę neurologiczną. Kokaina miała ujawnić swe prawdziwe, mylące oblicze: sługi śmierci otaczającej się aurą oszukańczej rozkoszy.”

 


 

          „Laurie odłożyła słuchawkę. (…) Złapała taksówkę i pojechała pod adres na Sutton Place South. Po przybyciu na miejsce pokazała portierowi swą odznakę lekarza sądowego i poprosiła o zarządcę domu.

– Carl będzie tu za moment. Mieszka w tym budynku i prawie zawsze jest uchwytny – powiedział bez wahania portier.

          Wkrótce pojawił się drobny, ciemnowłosy mężczyzna z czarnym wąsikiem i przedstawił się jako Carl Bethany.

– Domyślam się, że jest tu pani w związku z George’em VanDeusenem? – zapytał.

          Laurie kiwnęła głową.

– Jeśli nie sprawiłoby to zbytniego kłopotu, chciałabym obejrzeć miejsce, gdzie znaleziono ciała. Czy mieszkanie jest puste?

– O, tak – odpowiedział Carl. – Ciała zostały zabrane w nocy.

– Nie o to mi chodziło – wyjaśniła. – Chcę się upewnić, że nie ma tam członków rodziny. Nie chciałabym nikogo niepokoić.

          Zarządca odparł, że musi sprawdzić. Porozmawiał z portierem, po czym wrócił i zapewnił Laurie, że w mieszkaniu nie ma nikogo. Następnie zawiózł ją na dziesiąte piętro i otworzył drzwi wejściowe.

– Nikt jeszcze tu nie sprzątał – poinformował wchodząc.

           Laurie poczuła zapach stęchlizny, podobny do rybiego.

          Rozejrzała się po pokoju. Antyczny stolik do kawy stał na trzech nogach przechylony pod dziwnym kątem. Czwarta noga leżała na podłodze tuż obok. Na dywanie rozsypane były magazyny ilustrowane i książki; wyglądało na to, że rozsypały się po złamaniu nogi stolika. Między stołem a kanapą leżała rozbita kryształowa lampa. Na ścianie krzywo wisiał duży olejny obraz któregoś ze starych mistrzów.

– Sporo szkód – zauważyła Laurie. W wyobraźni odtwarzała napad drgawek, który mógłby spowodować takie zniszczenia.

– Tak właśnie to wyglądało, gdy wszedłem tu wczoraj w nocy – rzekł Bethany.

          Skierowała się w stronę kuchni.

– Kto znalazł ciała? – spytała.

– Ja – odpowiedział Carl.

– Kto pana wezwał?

– Nocny portier.

          Laurie właśnie miała o niego zapytać. Powiedziała zarządcy, że z nim także chciałaby porozmawiać.

– Dlaczego pana wezwał? – pytała dalej.

– Powiedział, że jakiś inny lokator powiadomił go o dziwnych odgłosach dochodzących z tego mieszkania. Obawiał się, że komuś mogło się coś stać.

– I co pan zrobił?

– Wjechałem tutaj i zadzwoniłem. Dzwoniłem kilka razy, po czym użyłem zapasowego klucza. No i znalazłem ciała.

          Laurie przymknęła na moment oczy. Zastanawiała się nad scenariuszem i coś w nim nie grało. Z przeczytanego przed godziną raportu dochodzeniowego pamiętała, że w obu ciałach, nawet u kobiety w sypialni stwierdzono stężenie pośmiertne. Oznaczało to że ofiary musiały nie żyć co najmniej od kilku godzin.

– Mówi pan, że lokator powiadomił portiera o odgłosach dochodzących z mieszkania właśnie wtedy? To znaczy w chwili, gdy telefonował?

– Tak mi się wydaje – odpowiedział Bethany.

          Laurie zaczęła się zastanawiać, jak znaleziono inne ofiary z serii.”

 


 

          „Po zajrzeniu do biura kostnicy i głównej sali sekcyjnej Laurie zrezygnowała z poszukiwań Bruce’a. Uznała, że pewnie ma przerwę w pracy. Postanowiła sama poszukać w chłodni ciała Haberlin.

          Przed wejściem do środka włożyła gumowe rękawice. Z trudem otworzyła Ciężkie drzwi, sięgnęła do środka i zapaliła światło.

          Chłodnia wyglądała mniej więcej tak samo jak poprzednim razem, gdy poszukiwała ciała Julii Myerholtz. Większość zwłok na drewnianych półkach nie była ruszona od jej ostatniej wizyty. Na wózkach leżała nowa partia. Niestety było więcej ciał niż przedtem. Starając się działać metodycznie, zaczęła od sprawdzania zwłok znajdujących się najbliżej drzwi. Wszystkie miały, jak zwykle, kartki identyfikacyjne. Aby sprawdzić nazwisko, musiała za każdym razem podnosić prześcieradło pokrywające ciało. Następnie przesuwała na bok wózek i przechodziła dalej w głąb chłodni.

          Wzdrygnęła się. Widok bladych zwłok młodej osoby nigdy nie należał do przyjemnych. Wydawało jej się, że nigdy się nie przyzwyczai do tego aspektu swej pracy lekarza sądowego. Z wyraźną niechęcią wyciągnęła rękę i położyła kciuki i palce wskazujące na górnych powiekach Stephanie.

           Przez chwilę wahała się, zastanawiając się, czy bardziej wolałaby się mylić, czy też nie. Wciągnęła głęboko powietrze i podniosła powieki zmarłej kobiety.

          Po raz drugi wzdrygnęła się. Poczuła się nawet niepewnie na nogach. W ułamku sekundy jej podejrzenia się potwierdziły. Miała rację. Nie można już było uważać tego za zbieg okoliczności.”

 

 

„Cień wiatru”

          Hej!

          Dzisiaj chciałabym zachęcić Was do książki, którą niedawno przeczytałam.

          Cień wiatru Carlosa Ruiza Zafóna jest popularną pozycją, jednak właśnie między innymi z tego względu nie każdy po nią sięgnął. Zamiast recenzji, do której napisania nie mam chyba wystarczającej wprawy, zamieszczam kilka ciekawych fragmentów. A tych, którzy znają już tę powieść zachęcam do zostawiania opinii i komentarzy na jej temat.

 

 


 

          “Wstałem i zbliżyłem się do Klary. Siostrzenica księgarza w poszukiwaniu mojej dłoni uniosła prawą rękę. Nie bardzo wiedząc, jak mam postąpić, podszedłem bardzo blisko i podałem ją. Chwyciła mnie lewą ręką i jednocześnie podała w milczeniu prawą. Instynktownie zrozumiałem, o co jej chodzi, i skierowałem jej dłoń ku swej twarzy. Dotyk był zdecydowany i delikatny zarazem. Jej palce przebiegły po moich skroniach i policzkach. Nie ruszałem się, nie śmiałem niemal oddychać, podczas gdy Klara czytała swoimi dłońmi rysy mojej twarzy. I uśmiechała się do siebie, a ja dostrzec mogłem, że usta jej rozchylają się jakby w szepcie. Poczułem muśnięcie jej palców na czole, włosach i powiekach. Zatrzymała się na moich wargach, zarysowując je w milczeniu palcem wskazującym i serdecznym. Jej palce pachniały cynamonem. Przełknąłem ślinę, czując, jak tętno rośnie mi gwałtownie, i dzięki opatrzności, że nikt nie jest świadkiem tego, że moja twarz powleka się rumieńcem, od któreko można było spokojnie zapalić cygaro.”


 

          „Wróciwszy do pokoju jadalnego, zgasiłem światło i usiadłem w starym fotelu ojca. Oddech ulicy poruszał lekko zasłonami. Nie chciało mi się spać i nawet nie chciało mi się próbować zasnąć. Podszedłem do balkonu i ujżałem świetliste opary wydobywające się z latarni Puerta del Angel. Można się było tylko domyślać obecności stojącej tam nieruchomo postaci. Jej realność potwierdzał jedynie zarys cienia padającego na bruk i bursztynowe drżenie żaru papierosa odbijające się w jej oczach. Stała, ciemno ubrana, z jedną dłonią ukrytą w kieszeni marynarki, drugą przytrzymując papierosa, który prządł niebieskawą pajęczynę dymu wokół głowy. Patrzyła na mnie milcząco, kryjąc twarz za padającym z latarni światłem. Stała tak ponad minutę, paląc niedbale, z utkwionym we mnie spojrzeniem. Gdy o północy rozległy się dzwony katedry, postać leciutko kiwnęła głową w geście pozdrowienia i tylko domyślać się mogłem niewidocznego uśmiechu. Chciałem odpowiedzieć, ale byłem sparaliżowany. Ów człowiek odwrócił się i zobaczyłem, jak powoli odchodzi, lekko kulejąc. Jakiejkolwiek innej nocy pewnie bym nawet nie zwrócił uwagi na tego dziwnego nieznajomego, ale ledwie zniknął we mgle, poczułem, jak zimny pot oblewa mi czoło i zaczyna brakować mi oddechu. Opis podobnej sceny przeczytałem w Cieniu wiatru. W powieści głowny bohater co noc wyglądał o północy przez balkon i spostrzegał, że obserwuje go, skrywając się w cieniu i niedbale paląc papierosa, jakiś dziwny nieznajomy. Jego twarz zawsze kryła się w mroku i tylko domyślać się można było żaru jego spojrzenia. Nieznajomy stał przez jakiś czas, prawą dłoń chowając w kieszeni czarnej marynarki, by następnie oddalić się, lekko kulejąc. W scenie, której właśnie byłem świadkiem, owym nieznajomym mógł być jakikolwiek przechodzień, postać bez twarzy i bez tożsamości. W powieści Caraxa owym nieznajomym był diabeł.”

 


 

          „Wyobraziłem sobie Juliana Caraxa w moim wieku z tą fotografią w dłoniach, być może w cieniu tego samego drzewa, pod którym i ja się schroniłem. Widziałem go niemal, jak uśmiechnięty, pewny siebie, patrzy w przyszłość tak szeroką i jasną jak ta aleja, i przez chwilę pomyślałem, że prócz duchów nieobecności i straty nie ma tam innych zjaw, i że to światło, które uśmiechało się do mnie, jest światłem pożyczonym i świecącym dopóty, dopóki podtrzymywałem je wzrokiem, sekunda po sekundzie.”

 


 

          „Po kolacji zostawiłem ojca zajętego lekturą, a sam, niby dla spaceru i rozprostowania kości, poszedłem pod dom Bei. Zatrzymałem się na rogu, by popatrzeć na okna i zarazem zadać sobie pytanie, co ja tu właściwie robię. Przez myśl przechodziły mi takie określenia jak podglądanie, wtykanie nosa w nieswoje sprawy i ośmieszanie się. Mimo wszystko, pozbawiony zarówno godności, jak i płaszcza odpowiedniego na tę porę roku, schowałem się przed wiatrem w bramie, po drugiej stronie ulicy, by stojąc w niej przez niemal pół godziny, wpatrywać się cały czas w okna, w których migały mi to w jedną, to w drugą stronę sylwetki pana Aguilara i jego żony. Bei nie zdołałem dostrzec.

          Dochodziła północ, gdy wróciłem do domu, trzęsąc się z zimna i uginając pod brzemieniem problemów całego świata. Jutro zadzwoni, powtarzałem sobie raz po raz, usiłując jednocześnie zasnąć. Ale nazajutrz Bea nie zadzwoniła. Ani pojutrze. I nie zadzwoniła przez cały tydzień, przez cały najdłuższy i ostatni w moim życiu tydzień.„

 

Cien Wiatru

Cien Wiatru