„Cień wiatru”

          Hej!

          Dzisiaj chciałabym zachęcić Was do książki, którą niedawno przeczytałam.

          Cień wiatru Carlosa Ruiza Zafóna jest popularną pozycją, jednak właśnie między innymi z tego względu nie każdy po nią sięgnął. Zamiast recenzji, do której napisania nie mam chyba wystarczającej wprawy, zamieszczam kilka ciekawych fragmentów. A tych, którzy znają już tę powieść zachęcam do zostawiania opinii i komentarzy na jej temat.

 

 


 

          “Wstałem i zbliżyłem się do Klary. Siostrzenica księgarza w poszukiwaniu mojej dłoni uniosła prawą rękę. Nie bardzo wiedząc, jak mam postąpić, podszedłem bardzo blisko i podałem ją. Chwyciła mnie lewą ręką i jednocześnie podała w milczeniu prawą. Instynktownie zrozumiałem, o co jej chodzi, i skierowałem jej dłoń ku swej twarzy. Dotyk był zdecydowany i delikatny zarazem. Jej palce przebiegły po moich skroniach i policzkach. Nie ruszałem się, nie śmiałem niemal oddychać, podczas gdy Klara czytała swoimi dłońmi rysy mojej twarzy. I uśmiechała się do siebie, a ja dostrzec mogłem, że usta jej rozchylają się jakby w szepcie. Poczułem muśnięcie jej palców na czole, włosach i powiekach. Zatrzymała się na moich wargach, zarysowując je w milczeniu palcem wskazującym i serdecznym. Jej palce pachniały cynamonem. Przełknąłem ślinę, czując, jak tętno rośnie mi gwałtownie, i dzięki opatrzności, że nikt nie jest świadkiem tego, że moja twarz powleka się rumieńcem, od któreko można było spokojnie zapalić cygaro.”


 

          „Wróciwszy do pokoju jadalnego, zgasiłem światło i usiadłem w starym fotelu ojca. Oddech ulicy poruszał lekko zasłonami. Nie chciało mi się spać i nawet nie chciało mi się próbować zasnąć. Podszedłem do balkonu i ujżałem świetliste opary wydobywające się z latarni Puerta del Angel. Można się było tylko domyślać obecności stojącej tam nieruchomo postaci. Jej realność potwierdzał jedynie zarys cienia padającego na bruk i bursztynowe drżenie żaru papierosa odbijające się w jej oczach. Stała, ciemno ubrana, z jedną dłonią ukrytą w kieszeni marynarki, drugą przytrzymując papierosa, który prządł niebieskawą pajęczynę dymu wokół głowy. Patrzyła na mnie milcząco, kryjąc twarz za padającym z latarni światłem. Stała tak ponad minutę, paląc niedbale, z utkwionym we mnie spojrzeniem. Gdy o północy rozległy się dzwony katedry, postać leciutko kiwnęła głową w geście pozdrowienia i tylko domyślać się mogłem niewidocznego uśmiechu. Chciałem odpowiedzieć, ale byłem sparaliżowany. Ów człowiek odwrócił się i zobaczyłem, jak powoli odchodzi, lekko kulejąc. Jakiejkolwiek innej nocy pewnie bym nawet nie zwrócił uwagi na tego dziwnego nieznajomego, ale ledwie zniknął we mgle, poczułem, jak zimny pot oblewa mi czoło i zaczyna brakować mi oddechu. Opis podobnej sceny przeczytałem w Cieniu wiatru. W powieści głowny bohater co noc wyglądał o północy przez balkon i spostrzegał, że obserwuje go, skrywając się w cieniu i niedbale paląc papierosa, jakiś dziwny nieznajomy. Jego twarz zawsze kryła się w mroku i tylko domyślać się można było żaru jego spojrzenia. Nieznajomy stał przez jakiś czas, prawą dłoń chowając w kieszeni czarnej marynarki, by następnie oddalić się, lekko kulejąc. W scenie, której właśnie byłem świadkiem, owym nieznajomym mógł być jakikolwiek przechodzień, postać bez twarzy i bez tożsamości. W powieści Caraxa owym nieznajomym był diabeł.”

 


 

          „Wyobraziłem sobie Juliana Caraxa w moim wieku z tą fotografią w dłoniach, być może w cieniu tego samego drzewa, pod którym i ja się schroniłem. Widziałem go niemal, jak uśmiechnięty, pewny siebie, patrzy w przyszłość tak szeroką i jasną jak ta aleja, i przez chwilę pomyślałem, że prócz duchów nieobecności i straty nie ma tam innych zjaw, i że to światło, które uśmiechało się do mnie, jest światłem pożyczonym i świecącym dopóty, dopóki podtrzymywałem je wzrokiem, sekunda po sekundzie.”

 


 

          „Po kolacji zostawiłem ojca zajętego lekturą, a sam, niby dla spaceru i rozprostowania kości, poszedłem pod dom Bei. Zatrzymałem się na rogu, by popatrzeć na okna i zarazem zadać sobie pytanie, co ja tu właściwie robię. Przez myśl przechodziły mi takie określenia jak podglądanie, wtykanie nosa w nieswoje sprawy i ośmieszanie się. Mimo wszystko, pozbawiony zarówno godności, jak i płaszcza odpowiedniego na tę porę roku, schowałem się przed wiatrem w bramie, po drugiej stronie ulicy, by stojąc w niej przez niemal pół godziny, wpatrywać się cały czas w okna, w których migały mi to w jedną, to w drugą stronę sylwetki pana Aguilara i jego żony. Bei nie zdołałem dostrzec.

          Dochodziła północ, gdy wróciłem do domu, trzęsąc się z zimna i uginając pod brzemieniem problemów całego świata. Jutro zadzwoni, powtarzałem sobie raz po raz, usiłując jednocześnie zasnąć. Ale nazajutrz Bea nie zadzwoniła. Ani pojutrze. I nie zadzwoniła przez cały tydzień, przez cały najdłuższy i ostatni w moim życiu tydzień.„

 

Cien Wiatru

Cien Wiatru

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s