Wyzwanie dla mnie i dla Was

Przerabiając książkę „Droga artysty” Julii Cameron doszłam do tygodnia czwartego. Na końcu każdego rozdziału (i tygodnia) znajdują się ćwiczenia, których staram się nie pomijać. Otóż jedno z ćwiczeń z tygodnia czwartego dotyczy czytania, a ściślej mówiąc zakazu czytania przez cały najbliższy tydzień! Jako, że czytam sporo: w drodze do pracy, w przerwie na lunch, w drodze powrotnej z pracy i wieczorem, wydało mi się to dość sporym wyzwaniem.

 Zaczęłam dzisiaj rano i w autobusie dzielnie podziwiałam widoki w drodze do pracy. Było lepiej, niż myślałam. Jednak pierwsze schody nadarzyły się w pracy, gdy dostałam do przeczytania dokument. Pomyślałam, że już po mnie, nie uda się. Na szczęście okazało się, że sprawa nie jest pilna. Odłożyłam więc czytanie jej na następny tydzień i brnęłam dalej. Kolejne wyzwanie przyszło niespodziewanie w porze lunchu. Chciałam tylko szybko sprawdzić pisownię nazwiska pewnego artysty w Internecie i nim się obejrzałam, czytałam Wikipedię! Kiedy tylko się zorientowałam, co robię, zamknęłam stronę. Oczywiście nie zamierzam się poddawać z powodu początkowych trudności.

warsztatRozwoju0708

Muszę jednak powiedzieć, że nieczytanie wcale nie jest takie proste, jak się to wydaje. Oczywiście zakładając, że nie czytamy niczego. Jednak wydaje mi się, że czasami jesteśmy nieco przeciążeni wszystkimi opowieściemi, artykułami, mass-mediowymi newsami, poradami, instrukcjami, itp. Myślę, że to wspaniały pomysł, aby dać swojemu mózgowi chwilę odpoczynku. Dlatego właśnie wyzywam również Was do tygodnia bez czytania. Wiem, jak szalenie to brzmi i jak trudne jest w realizacji, ale skoro ja mogę spróbować, Wy tym bardziej! Zaszalejcie za mną i w tym tygodniu darujcie sobie Internet, powieści, wiersze, opowiadania, procedury, instrukcje i artykuły (po skończeniu tego). Tylko pomyślcie, jaką przyjemność czytanie będzie Wam sprawiało po tym tygodniu postu. A co najlepsze, czas w którym normalnie czytacie, możecie wypełnić innymi zajęciami, które lubicie, a na które już dawno nie mieliście czasu: spacerem, słychaniem muzyki, gorącą kąpielą, gotowaniem, medytacją, malowaniem, graniem na instrumentach i tym co tylko przyjdzie Wam do gowy. Powodzenia!

Reklamy

Kiedy upadnie nasza cywilizacja?

sunset-242713_1280

Co za pytanie, prawda? Być może zastanawialiście się już nad tym, a może jeszcze nie przyszło Wam to do głowy. Być może mi też by nie przyszło, gdybym nie przeczytała fragmentu książki „Cywilizacja pierwotna” Edwarda B. Tylor’a. Jest to dość stara lektura i ciężko się ją czyta. Dodatkowo nie miałam pewności, czy jest aktualna, gdyż ostatni przekład jaki znalazłam pochodzi z 1896. Książka zawiera jednak sporo prawd uniwersalnych i zagadnień filozoficznych dotyczących rozwoju cywilizacji ludzkiej.

Jak pisze Tylor w swojej książce:

„Ze stosownym ograniczeniem zasad obydwu teorii [teorie te dotyczą naszej cywilizacji: pierwsza mówi, żę cywilizacja upada z wysokiego poziomu na niski, a teraz znajdujemy się zapewnie gdzieś pomiędzy; teoria druga jest odwrotna i mówi, że cywilizacja postępuje „do przodu” czyli ze stopnia niższego do wyższego, przyp. autora], dadzą się one pogodzić z naszymi wiadomościami historycznymi, które nam pokazują, że stopień wyższej kultury został osiągnięty drogą postępu z niższego poziomu i że, z drugiej strony, to, co kultura zdobyła przez postęp, może stracić przez degradację.”

Dodatkowo książka uświadamia czytelnikowi, że niemal wszystkie wielkie cywilizacje rozwijające się w starożytności w końcu upadły. Wyjątki, takie jak Chiny czy Indie przetrwały. Fakty te dają do myślenia. Po pierwsze, oznacza to, że najprawdopodobniej szybciej lub później nasza cywilizacja zginie. Niestety, świadomość globalizacji oraz wielu konfliktów z nią związanych oraz przeludnienia i pogarszania się klimatu, skłania do refleksji i przywołuje obraz rychłej katastrofy, przynajmniej w mojej głowie. Po drugie, być może moglibyśmy nauczyć się czegoś od tych cywilizacji, które przetrwały? Tutaj widzę szanse na rozwiązanie tego problemu. Jednak według mnie istnieją naprawdę niewielkie szanse na przetrwanie naszej cywilizacji, ponieważ nasza kultura nam na to nie pozwoli. Jesteśmy tak opętani rządzą pieniądza, narzuconą nam właśnie przez kulturę, że nie zauważamy rozrastającego się problemu i nie będziemy chcieli go zauważyć dopóki nie będzie za późno.

Wiem co sobie myślicie: No tak, nawet się zgadzam, ale co mnie to obchodzi? To będzie za jakieś tysiąc lat. I tu skrywałam kolejną niespodziewaną bombę. Otóż poniższy wykres przedstawia wykres ludności ziemi (tak, tak, dane wzięłam z wikipedii):

warsztatrozwojuWyk1

Jak widać liczba ludności rośnie naprawdę szybko. Uzupełniłam więc wykres prostą wielomianową linią trendu. Efekt widoczny jest poniżej:

 

warsztatrozwojuWyk2

 

Jak widać około roku 2050, kiedy część z nas będzie w wieku przed- a część zaawansowanym liczba ludności kuli ziemskiej wzrośnie około trzykrotnie. Zdaję sobie sprawę, że są to moje skromne obliczenia w Excellu, ale już patrząc na zwiększającą się liczbę ludności w poprzednich latach, nasuwa się wniosek, że liczba ta może tylko rosnąć i nie będzie to wzrost liniowy, raczej potęgowy.

Łatwo domyślić się do czego dążę. Mówiąc prosto z mostu: gdzie Ci wszyscy ludzie będą mieszkali? I nawet ważniejsze: Co oni będą jedli? Wiele dużych cywilizacji wymierało właśnie z braku jedzenia. I nie był to powolny proces. Po prostu, nikt o tym nie myślał. Nagle robiło się za ciasno i przestawało wystarczać żywności. Roślinność znikała, zwierzęta wymierały i ludzie też. Co zrobi nasza cywilizacja, gdy znajdzie się u schyłku upadku? Zwłaszcza, że teraz już produkuje się na masową skalę żywność modyfikowaną genetycznie i wykorzystuje zasoby ziemskie do maksimum? (Powiązany reportaż: https://warsztatrozwoju.com/2014/09/26/smierc-w-amazonii-artur-domoslawski). A może to wszystko spowoduje powstanie nowych konfliktów zbrojnych na całym świecie?

Nie wspomniałam tu o niszczeniu klimatu i nadużywaniu zasobów ziemskich, jednak w związku z tym być może powstanie nowy artykuł. Mam nadzieję, że szczyt klimatyczny w Paryżu w przyszłym roku spełni swoją rolę w tej kwestii. Dla zainteresowanych podaję linka do ciekawego dokumentu opisującego zmiany klimatu, napisanego przez zainteresowanych tym zagadnieniem naukowców z całego świata:

http://www.nationalacademies.org/includes/G8+5energy-climate09.pdf

Pytanie z innej beczki, ale bardzo powiązane: skąd ci wszyscy ludzie wezmą te cenne pieniądze? Dodrukuje się? Pewnie tak, ale ile? Tyle żeby wciąż było za mało i ludzie musieli na nie ciężej harować? Banki i tak już wszystko nam pożyczyły. Teraz nasze dzieci i my będziemy ciężko pracować przez całe życie, żeby oddać je bankowi. Żeby oddać mu nic, bo pieniądze są przecież niczym. To temat na kolejne rozważania, ale dobrze wyjaśnia to przykład: Załóżmy, że jest bank, pan Heniek, Zdzisław, Pani Małgorzata i Helena. Żadne z nich nie ma pieniędzy. Bank ma 1000zł. To całe pieniądze. Heniek chce rozkręcić biznes i pożycza od banku 500zł, a zobowiązuje się spłacić 1000zł. Zdzisław zatrudnia się u Heńka i bierze kredyt z banku na samochód 100zł, przy czym musi spłacić 200zł. To samo robią Małgorzata i Helena. Teraz musimy pomyśleć. Skoro każdy coś pożyczył od banku, to razem jest do spłaty 1600zł. Tyle tylko, że wspomniane 600zł nie istnieje. Cała czwórka dała się więc złapać w pułapkę. I sytuacja będzie się powtarzać w kolejnych pokoleniach. Przypomina to bańkę, która rośnie, aż w końcu kiedyś musi pęknąć. Powiecie: zaraz, ale przecież ja mam pieniądze na koncie, mam za co żyć, pojechać na wakacje. Tak, ale czy te pieniądze są warte ośmiu godzin harówki dziennie, pięć razy w tygodniu, niemal do końca życia? Czym ty się różni od niewolnictwa? Czy te wszystkie rzeczy rzeczywiście tyle powinny kosztować? Ja bardzo w to wątpię. Na koniec polecam jeszcze jeden filmik:

„Śmierć w Amazonii” Artur Domosławski

Hej, dzisiaj wrzucam cytaty z książki, która bardzo głęboko mnie poruszyła. Jest to dość szokujący reportaż na temat tego jak duże koncerny, a także my – zwykli ludzie, niszczymy środowisko naturalne, bogactwa Amazonii i życie innych ludzi. Szczerze polecam.

„Z refleksji socjologów i filozofów wiemy, że nowoczesne społeczeństwo kształtuje zachowania i działania moralnie naganne, wręcz odpychające, które nie napotykają oporu moralnego ani nie wywołują wyrzutów sumienia. Takie nowoczesne społeczeństwo potrafi wciągnąć w swoje tryby, na przykład realizację podboju, wywołanie wojny, popełnianie zbrodni, miliony jednostek całkowicie lub prawie całkowicie nieświadomych, że biorą udział w czynieniu zła. Ludzie ci – jak pisze Zygmunt Bauman – >>w żadnym momencie działania nie są zmuszeni do podejmowania świadomie trudnych wyborów moralnych ani do przełamywania wewnętrznych oporów sumienia<<. Innymi słowy: nowoczesne społeczeństwo wytwarza u jednostek moralną ślepotę na masową skalę.

Bauman rozważa przykład robotników fabryki broni, którzy cieszą się z nowych zamówień i dobrej kondycji ekonomicznej przedsiębiorstwa, a zarazem szczerze opłakują masakry dokonywane nawzajem przez Etiopczyków i Erytrejczyków. Nie zastanawiają się, że być może broń, którą produkują – dzięki czemu mogą cieszyć się z poprawy sytuacji materialnej swojej i firmy dającej im pracę – trafia w ręce bojowników tej czy innej wojny, której ofiary wywołują uczucia autentycznego smutku i troski. […]

>>Tworzy się – pisze Bauman – duży dystans między zamiarem a jego praktycznym urzeczywistnieniem, zaś przestrzeń ta wypełniona jest dużą liczbą drobnych działań, wykonywanych przez mało znaczących pośredników<<.

Wniosek: nikogo nie powinien dziwić udział normalnych, porządnych, uczciwych ludzi w działaniach i procesach, które owocują zniszczeniami, okrucieństwami, zbrodniami. Jakżeż w codziennej krzątaninie – podpisywaniu zamówienia na ileś ton surówki hutniczej, drewna czy wołowiny, kupnie półproduktu od kontrahenta, negocjowaniu kontraktu z siecią supermarketów, zakupie nowego samochodu czy lodówki – dopatrywać się związku drobnej czynności, samej w sobie moralnie obojętnej, ze zbrodnią przeciwko środowisku czy zabójstwem wieśniaków w małej miejscowości na końcu świata?

Powiada Bauman: >>Powiększenie się dystansu fizycznego i/albo psychicznego między działaniem a jego konsekwencją powoduje nie tylko atrofię hamulców moralnych – pozbawia działanie moralnego znaczenia i eliminuje w zarodku konflikt między osobistą postawą moralną a niemoralnością społecznych konsekwencji działania. W sytuacji, gdzie większość istotnych społecznie działań składa się z długiego łańcucha złożonych poczynań przyczynowych i funkcjonalnych, traci się z oczu wszelkie dylematy moralne, zaś okazja do istotnego i świadomego wyboru moralnego pojawia się coraz rzadziej<<.

To nie sugestia, że nie ma odpowiedzialności, ani nie rada, żeby zapaść w beztroski sen. Raczej obserwacja bez nierealistycznych oczekiwań, że dostrzeżenie własnego udziału, współwiny, wymaga wysiłku, na który mało kogo stać.”

„Rok pięćdziesiąty pierwszy. Dziewiętnastoletni Szwed Sven Lindqvist, po latach sławny pisarz, płynie statkiem, który zawija do fiordu Trondheim w Norwegii. Na brzegu, w atmosferze zabawy, kiedy ktoś przedstawia go jako Szweda, miejscowa gospodyni, Norweżka, reaguje urazem. Wypomina chłopcu kolaborację jego kraju z Hitlerem: tranzyt wojsk III Rzeszy przez Szwecję do Norwegii. W czterdziestym drugim Lindqvist miał dziesięć lat. Mimo to usłyszał: >>Wystarczająco dużo, żeby podzielić się łupem<<. Zmieszał się, poczuł narastający gniew.

>>Spotkała mnie straszna niesprawiedliwość. Dlaczego oskarżono akurat mnie o coś, w czym brali udział także wszyscy inni Szwedzi? Albo nie brali. Jakby to była moja wina. Jakbym to ja ponosił za to odpowiedzialność… Czekając na załogę statku, układałem w myślach wielką mowę na swoją obronę. ‘Nie można winić dzieci za błędy rodziców. Każde nowe pokolenie rodzi się bez winy’<<.

Po latach […] przyszła inna refleksja na temat przykrego zdarzenia sprzed lat.

>>Dług zaciągnięty przez państwo przechodzi z pokolenia na pokolenie. Podobnie majątek narodowy, wielokrotnie przewyższający zadłużenie. Żeby być bogatym, wystarczyło urodzić się Szwedem. To, że żyłem lepiej niż mieszkaniec Konga czy Indonezji, nie było moją zasługą. Przyszedłem na świat jako spadkobierca nietkniętego wojną kraju i dobrze funkcjonującej gospodarki – mówiąc krótko, dobrze mi się powodziło, bo byłem Szwedem.

Czy mogłem więc, przyjmując dobre strony bycia Szwedem, odrzucić te złe? Dzięki dostawom rudy  żelaza, zgodzie na tranzyt wojsk i inne rażące odstępstwa od polityki neutralności Szwecja zachowała dobre stosunki z Niemcami i uniknęła wojny. To, że nigdy nie przeżyłem bombardowania, ostrzałów, a nawet nie musiałem chodzić spać głodny, zawdzięczałem tchórzliwej polityce mojego kraju. Gospodyni miała rację. Brałem udział w podziale łupu. A zatem powinienem ponieść odpowiedzialność.<<”


„Woda z naturalnych źródeł jest dla odległych społeczności Andów sercem wszystkiego. Daje życie ludziom i hodowanym zwierzętom, wokół jej zasobów tworzy się gospodarstwa. W miastach wodę ludziom do domów dostarczają wodociągi, w górach dostęp do jej źródeł naturalnych przesądza o przetrwaniu. Ponadto w wierzeniach autochtonów woda ma znaczenia sakralne.
W eksploatacji złota i innych metali, srebra czy miedzi, woda to też serce przedsięwzięcia. Bez dostępu do jej wielkich zasobów przemysł wydobywczy nie istnieje. Lokalni obrońcy środowiska wyliczają, że Yanacocha-Newmont przemiela dziennie sześćset tysięcy ton skał i kamieni. Na jedną tonę potrzeba trzech metrów sześciennych roztworu wody i cyjanku. Oznacza to, że każdego dnia koncern zużywa blisko dwa miliony metrów sześciennych wody.

Konflikt jest nieunikniony.

Znikanie lagun, wysychanie strumieni i rzek spowodowało, że do niektórych wiosek firma wodociągowa SEDACAJ dostarcza teraz wodę w cysternach. Wieśniacy, którzy od zawsze, jeszcze zanim Amerykę najechali konkwistadorzy, mieli wodę za darmo, muszą teraz płacić. Ta jedna jedyna rzecz uderza w nich ekonomicznie i rujnuje duchowo. Jest najbardziej namacalnym objawem rozpadu całego ich kosmosu. Płacić za wodę? Za najbardziej podstawowe paliwo, jakie daje każdej istocie żywej Pachamama – Matka Ziemia? Czy kiedyś ktoś zażąda, żeby płacić za powietrze? […] Zoila Vizconde, lat pięćdziesiąt pięć, wyrzuca z siebie złość I frustrację: płaci za wodę sto pięćdziesiąt soli (peruwiański sol jest nieco mocniejszy od polskiej złotówki). To kilkakrotnie więcej niż dziesięć, piętnaście lat temu. I ma ją w kranie przez dwie, trzy godziny dziennie. Zużycie zasobów wody przez kopalnie złota sprawia, że miejscowe wodociągi reglamentują wodę. W niektórych dzielnicach jest ona do pierwszej po południu, w innych od piątej do ósmej rano, a potem wieczorem od szóstej do siódmej. […]

badacze z miejscowego uniwersytetu zawiadomili stację uzdatniania wody El Milagro, że znaleźli niepokojące ilości sześciowartościowego chromu, manganu, żelaza, miedzi i cyjanku. Woda uzdatniana w tej stacji pochodzi z Rio Grande, głównej rzeki w regionie. Władze lokalne i firma obsługująca wodociągi przeprowadziły badania, które – jak poinformowano oficjalnie – nie dały jednoznacznych wyników. Gazeta napisała, że nawet dyrektorzy Yanacocha-Newmont, którzy zawsze mówią, że wodę oczyszczoną wpuszcza się z powrotem do rzek, nie byli pewni stanu jej czystości. W dwa tysiące piątym w szkole Davy College, w której uczyły się dzieci pracowników koncernu, pojawiły się plakaty z ostrzeżeniami po angielsku i hiszpańsku, żeby nie pić kranówki.

Ostatnie duże badania wody przeprowadzono tu w dwa tysiące dziesiątym i wyszło, że woda, która płynie z kranów w Cajamarce, zawiera trihalometany. Są to substancje toksyczne, które nie ulegają biodegradacji i powodują raka. Jeden z dawnych szefów wodociągów ostrzegał publicznie, że ludzie nie powinni pić tej wody.”


„Pod koniec dwa tysiące jedenastego w kręgach rządowych i środkach przekazu zaczyna się mówić o raporcie Estudio del impacto ambiental (EIA). Raport opisuje wpływ projektu Conga na środowisko. Jest korzystny z punktu widzenia firmy Yanacocha-Newmont – nic dziwnego, to koncern sfinansował jego powstanie. […]

Zespół reporterów śledczych zaczyna węszyć. Pierwsze zdziwienie: ministerstwo ochrony środowiska nie otrzymało raportu. Jeden z wiceministrów prosi resort energii i kopalń o przesłanie tekstu do zaopiniowania. Zdziwienie drugie: adresat milczy. Kolejną prośbę wysyła inny wiceminister. Zdziwienie trzecie: udaje mu się uzyskać raport, niestety bez kilku kluczowych aneksów. Cały dokument ministerstwo ochrony środowiska otrzymuje dopiero z biura koncernu, szefowie firmy wolą nie ryzykować obstrukcji kluczowego w tej sprawie ministra.

Po zapoznaniu się z raportem minister ochrony środowiska wcale nie ma o nim dobrego zdania. Na jedenastu stronach grupa resortowych urzędników i analityków, pod kierunkiem wiceministra Jóse de Echave, stwierdza, że projekt Conga zmieni w sposób nieodwracalny zasoby wody w regionie, że doprowadzi do zamknięcia kilku ekosystemów, w tym czterech lagun; dwie z nich mają stać się gigantycznym zbiornikiem odpadów skażonych chemikaliami. W opinii ministerialnych ekspertów, laguny pełnią rolę regulatora zasobów wodnych, podobną do roli lodowców. Ministerstwo ma zażądać od koncernu przeprowadzenia dodatkowych badań, które oszacują skutki eksploatacji nowych złóż – społeczne, ekonomiczne, dla środowiska – na różnych etapach produkcji. […]

Kilka dni po napisaniu owych krytycznych jedenastu stron o Conga do dymisji podaje się wiceminister Jose de Echave, ten, który kierował zespołem ekspertów. Mówi, że rząd nie ma strategii rozwiązywania konfliktów takich jak rozgrywający się wokół Conga. Krótko po tym dochodzi do wymiany całego rządu. […]

Nowy minister ochrony środowiska Manuel Pulgar, spytany w telewizji o krytyczne opracowanie na temat projektu Conga, stwierdza, że nie może go znaleźć. […]

Zespół Gorritiego z elegancką ironią ogłasza, że to oni, reporterzy, znaleźli opracowanie i dostarczą je wszystkim zainteresowanym w internecie. Dziennikarze piszą z przekąsem, że tytuł opracowania nie sugeruje, iż chodziło o „pomoc dla pamięci” czyli „dokument wewnętrzny”, lecz o Raport 001-2011. Oznacza to, że tekst ma charakter oficjalny, że przeszedł przez ręce ministra i trafił na biurko prezydenta.”

Przyjżyj się swoim przeświadczeniom

DeathtoStock_NotStock10

Zastanawialiście się kiedyś jaka magiczna siła sprawia, że na pewne sprawy, z niezrozumiałych powodów, nie bacząc na sprzeciwiający się wszechświat, mamy pewien stały pogląd? I za nic go nie zmienimy, bo tak uważamy, takie mamy „zasady”, etc.

Na przykład, pewien mężczyzna uważa, że wszystkie kobiety są pijawkami i tylko czekają na to, aby pozbawić go zarówno energii do życia, jak i pieniędzy. Pozostaje więc singlem, a największą radość sprawi mu zrobienie każdej poznanej pani na szaro. Pewna kobieta sądzi, że posiadanie dziecka byłoby dla niej tylko ogromnym obciążeniem, z którym musiałaby sobie radzić sama i na które nigdy się nie zdecyduje oraz znajdzie milion przekonujących przykładów ze swojego życia na poparcie tej teorii.

Prawda jest taka, że każdy ma swoje teorie. Często teorie kobiet dotyczą mężczyzn i odwrotnie. Istotne jest jednak to, że tak naprawdę, pomimo iż znajdujemy przekonujące przykłady, potwierdzające te teorie w codzienności, równie często zdarzają się sytuacje, świadczące zupełnie przeciwnie. Co więc robimy w takiej sytuacji? Negujemy rzeczywistość, przekręcamy fakty, sabotażujemy swoje i innych wysiłki, umniejszamy znaczenie pewnych faktów, twierdząc, że to „wyjątek, który potwierdza regułę”. Robimy bardzo wiele, wkładamy ogrom wysiłku, aby nie wywołać dysonansu i nie poczuć się źle. Jeżeli jesteście ze sobą szczerzy przyznacie, że te i inne zachowania są Wam znane. Takie osobiste teorie nazwane zostały przeświadczeniami.

Przeświadczenia towarzyszą nam od bardzo wczesnego dzieciństwa. Prawda jest taka, że choć trudno w to uwierzyć, tworzymy je pomiędzy pierwszym a siódmym rokiem życia. Tworzymy je więc tak wcześnie, że nawet nie jesteśmy w stanie pojąć wagi i natury naszych przeświadczeń. A szkoda, bo między innymi to one sprawiają, że podejmujemy takie a nie inne życiowe wybory. Determinują naszą przyszłość, bez naszej świadomości. Podświadomie unikamy jakichś sytuacji lub wyciągamy błędne wnioski po to, aby żyć zgodnie ze swoimi przeświadczeniami. Jeżeli myślicie, że przeświadczenia pozwalają wyrokować jedynie co do naszej przyszłości, głęboko się mylicie. Patrząc na to jakie ktoś ma przeświadczenia (np. mam zawsze rację, kobiety są od siedzenia w domu), można wywnioskować, jak wyglądało jego dzieciństwo.

DeathtoStock_NotStock5

Życie w przeświadczeniach wyznacza więc naszą przeszłość, przyszłość, prawdopodobnie przyszłość naszych dzieci, rolę w społeczeństwie oraz to, w jakie gry gramy (Jeżeli nie czytałeś jeszcze o grach, zajrzyj na https://warsztatrozwoju.com/2014/08/01/pulapki-gier/). Na przyklad przeświadczenie, że wszystkie dzieci są biedne może pomagać nam w utwierdzeniu się w roli opiekuńczego rodzica. Dodatkowo grając w gry oraz otrzymując aprobatę („głaski”) od innych graczy, możemy jeszcze bardziej utwierdzić się w przekonaniu, że nasza postawa jest słuszna, co nie zawsze zgadza się z rzeczywistością.

Wygląda na to, że już sama świadomość schematów, którymi się kierujemy może nam przynieść korzyści. Warto wypisać sobie na kartce nasze przekonania, zasady, które uznajemy i zastanowić się przez chwilę, które z nich mogę być przeswiadczeniami. Być może łatwiej będzie nam zauważyć pojawienie się schematów, które mają za zadania je utrwalić w pewnych sytuacjach. Także świadomość, że bierzemy udział w grze (Zobacz przykład gry https://warsztatrozwoju.com/2014/08/11/dlaczego-ty-nie-tak-ale/), może dać nam do myślenia i pozwolić zauważyć czy jakieś przeświadnienie pomogło nam we wzięciu w niej udziału.

Jaglane muffinki

Hej, dzisiaj mam dla Was przepis na przepyszne i bardzo zdrowe muffinki. Trudno uwierzyć, że kasza jaglana sprawdza się tak świetnie nawet w przepisie na muffinki z kremem! Oryginalny przepis znajdziecie na: http://www.gotujzdrowo.com. Gorąco polecam.

20140809_125945

Składniki:

  • 100g gorzkiej czekolady
  • 1/2 szklanki mielonych migdałów
  • 1/2 szklanki dowolnej mąki
  • 1 szklanka ugotowanej kaszy jaglanej
  • 1/2 szklanki żurawiny
  • 1 szklanka mleka kokosowego lub gęstego jogurtu naturalnego
  • 100 ml oliwy lub oleju kokosowego
  • 6 daktyli bez pestek (opcjonalnie)
  • 3 jajka od szczęśliwej kury
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • szczypta kurkumy
  • 1/3 łyżeczki mielonego kardamonu (opcjonalnie)
  • szczypta kurkumy
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1/2 szklanki cukru trzcinowego nierafinowanego lub syrop z agawy
  • szczypta soli morskiej do ubijania białek

Do dekoracji: Świeże owoce, listki mięty lub zmielone jagody goji, pestki dyni i siemię lniane (opcjonalnie)

Do kremu jaglanego:

  • 1/2 ugotowanej kaszy jaglanej
  • 1/2 szklanki orzechów laskowych lub migdałów
  • 6 daktyli bez pestek, 2 łyżki cukru trzcinowego lub syrop z agawy
  • 1/2 szklanki mleka kokosowe
  • 1/2 szklanki wody

Akcesoria kuchenne:

  • papierowe kokilki do muffinów
  • forma do zapiekania muffinów
  • mikser kuchenny i blender

20140809_130046

 

 

Przygotowanie:

Dokładnie wypłucz i ugotuj kaszę jaglaną w proporcji z wodą 2:1.

Przesiej mąkę i dodaj do niej sodę, cynamon, kurkumę i kardamon (opcjonalnie).

Piekarnik rozgrzej do temp. 180 stopni.

Oddziel jajka od żółtek.

Przygotuj ciasto. Do miski dodaj żółtka i cukier. Ucieraj mikserem na gładką masę, dodaj suche składniki i oliwę stale mieszając.

Do rondla dodaj ugotowaną kaszę jaglaną, daktyle i mleko kokosowe. Podgrzej kilka minut i zmiksuj, aby uzyskać jednolitą konsystencję. Powstałą masę wymieszaj wraz z czekoladą rozpuszczoną na kąpieli wodnej. Odstaw na chwile do ostygnięcia.

Ubij białka na sztywno ze szczyptą soli i wmieszaj w przestudzoną masę.

Do formy na muffiny wstaw papierowe kokilki i nakładaj masę łyżką.

Wstaw do nagrzanego piekarnika i zapiekaj przez ok. 25 minut w zależności od rodzaju piekarnika.

Aby przygotować jaglano orzechowy krem należy uprażone orzechy lub migdały dodać do ugotowanej kaszy jaglanej. Nastepnie wlać podgrzane z daktylami mleko kokosowe. Do gotowania należy jesz dodać wodę i wszystko zblendować na gładki krem. Dla smaku warto dodać przed miksowaniem odrobinę cynamonu lub utartą skórkę z cytryny.

Przestudzone muffiny udekoruj kremem jaglano orzechowym i posypką lub owocami.

Smacznego!

Jak język nas ogranicza?

DeathtoStock_Desk9

Dzisiejszy wpis rozpoczynam nietypowo, bo cytatami. Wszystkie pochodzą z książki „Rok 1984″ znanego zapewne nam wszystkim, G. Orwell’a. Fragmenty opisują mityczny język urzędowy wprowadzony jako obowiązkowy w opisanej przez autora antyutopii – Oceanii.

 

„Nowomowę skonstruowano nie po to, żeby zwiększyć, ale wręcz przeciwnie, żeby zawęzić zakres myślenia. Temu celowi pośrednio służyło również ograniczenie do minimum zasobu słów dostępnych użytkownikowi (…). Wyeliminowano wszelką dwuznaczność i odcienie znaczeniowe.”


„Nowomowa rzadko pozwalała rozwinąć heretycką myśl – człowiek najwyżej mógł sobie uświadomić, że stoi na progu herezji; na krok następny po prostu brakowało mu słów.”


„W porównaniu ze słownictwem używanym przez nas, zasób nowomowy był niezwykle mały , a ponadto wciąż wyszukiwano sposoby, żeby go jeszcze bardziej uszczuplić. Nowomowa tym właśnie różniła się od większości języków, iż jej słownictwo nie rosło, lecz kurczyło się z roku na rok. Każdą redukcję traktowano jako korzystną, gdyż im mniejszy wybór, tym mniejsza pokusa myślenia.”


„Tak jak ktoś, kto nigdy w życiu nie słyszał o szachach, nie jest świadom ubocznych znaczeń słów królowa i wieża, tak człowiek od dziecka mówiący wyłącznie nowomową nie będzie wiedział, że słowo równy wiązało się niegdyś z pojęciem równości politycznej, a słowo wolny z pojęciem swobody intelektualnej. Wielu przestępstw i omyłek nie będzie mógł popełnić po prostu dlatego, że nie zdoła ująć ich w słowa i nawet sformuować w myślach.”

Cytaty te dają do myślenia. Nowomowa była widocznym narzędziem rządzących, pozwalającym kontrolować społeczeństwo.  Może się to wydawać do granic nierealne, ale zwróćmy uwagę na to, jak często język ogranicza nas samych. Pomimo, iż dostępna jest nam tak ogromna różnorodność słów, nie zawsze umiemy za ich pomocą oddać to, o czym myślimy wystarczająco dobrze. Zauważamy też, jak język nasuwa nam sposób oraz pewne schematy myślenia. Ciężko jest znaleźć tutaj realny przykład wzięty z życia, właśnie ze względu na wyżej opisaną własność języka. Jest to swoiste błądzenie, poniekąd skazane na porażkę. Nie istnieje bowiem sposób , aby „przerobić „język tak, aby mógł idealnie oddawać każdą naszą myśl, prawa żądzące wszechświatem, wszystkie stany przyrody, uczucia i sposób ich postrzegania przez ludzi.

book-shelf-349934_1280

W celu wytłumaczenia choć ogólnie, przytoczę niepełny przykład z książki Ronalda D. Siegela „Uważność. Trening pokonywania codziennych trudniości.”. W naszym języku istnieją słowa ja, ty, my. Lecz czy tak naprawdę zdajemy sobie sprawę, co się zawiera w pojęciu ja? czy istnienie tych słów ma rację bytu i czy są one poprawne? Większość pewne odpowie, że tak. Pomyślmy jednak. Wyobraź sobie, że masz ochotę na jabłko. Zanim zaczniesz je jeść jest jabłko i jesteś Ty. Pomyśl czy czujesz, że to jabłko jest częścią Ciebie, czy może nie jest z Tobą połączone w żaden sposób? Teraz wyobraź sobie, że zjadłeś jabłko. Zostało ono strawione i potrzebne mikroelementy i witaminy zostały wykorzystane przez Twoje ciało do różnych procesów, m.in. do budowy nowych komórek, z których przecież cały się składasz. Czy teraz postrzegasz jabłko jako część Ciebie, czy może jako coś zupełnie oddzielnego?  Jak widzisz granica występuje w jednej chwili po to, aby za moment się lekko zatrzeć, a może nawet zupełnie zniknąć. Tak jest ze wszystkim. Możemy zauważyć, że tak jak kolonia mrówek, nigdy nie będziemy samowystarczalni i razem z całym ekosystemem, kontynentem, wszechświatem stanowimy nierozerwalną jedność. Jak się ma do tego słowo ja? Czy nie bardziej odpowiednie wydaje się teraz słowo my? A może żadne z nich nie opisuje tych zależności wystarczająco jasno?

Można więc łatwo się pogubić, myśląc nad znaczeniami słów, jak i poprawnością struktur i tym, jak sztywny jest język i jak mało opcji daje nam do wyboru. Język jest bowiem bazą dla naszych myśli. Przecież większość, jeżeli nie wszystkie, myśli w naszej głowie pojawiają się w postaci słów, zwrotów lub zdań. Aby je sformuować wykorzystujemy znaną nam mowę. Być może więc idee oraz mentalność ludzi pochodzących z bardzo oddalonych miejsc różnią się poniekąd z tego powodu –  ponieważ język narzuca im pewne reguły. Może gdybyśmy byli wolni od języka, moglibyśmy bardziej skupiać się na podziwianiu danej chwili i naszych uczuciach, zamiast je blokować lub analizować.

cf892ecb7c7bcccf5142a24a098f053c

W moim mniemaniu możemy choć częściowo uwolnić się od tego schematu, rozwijając naszą zdolność komunikacji innymi sposobami. Sztuka daje nam wiele takich sposobów komunikowania się z otoczeniem, bez potrzeby użycia słów. Malarstwo, komponowanie, rysunek, śpiew, gra, rzeźbiarstwo opowiadają o rzeczach, których nie trzeba, a czasem nie można zapisać słowami, a jednak wszyscy potrafimy odczytać natężenie i rodzaj emocji, mnogość myśli ukrytych w takim przekazie. Jedni nie rozumieją i nie czują malarstwa, inni muzyki, ale każdy z nas jest na swój sposób artystą i odczuwa znany sobie rodzaj przekazu. Jeżeli nie wiecie do końca jaki rodzaj sztuki do Was przemawia najlepiej, warto wybrać się do galerii, na koncert, lekcję garncarstwa lub choćby na spacer, aby zauważyć co Was najbardziej zachwyca: widok zielonych drzew, melodyjny śpiew ptoków, szum wody, czy może woń dzikich kwiatów. Każda okazja jest idealna do praktykowania umiejętności postrzegania świata w niewerbalny sposób!

Burgery sojowe

   20140803_135808

Hej! Dzisiaj znowu coś dla ciała. Bardzo zdrowy i smaczny przpis na burgery sojowo-buraczane.

  • 1 i 1/3 szklanki ugotowanej soji
  • 50g orzechów nerkowca namoczonych w wodzie przez około 4-6 godzin
  • 1 średnia cebula
  • 2 – 3 male buraki ugotowane
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka tymianku
  • ½ lyzeczki kminku mielonego
  • 2 łyżki pestek dyni uprażonych
  • 1 łyżka sezamu
  • 2 łyżki płatków owsianych
  • 2 zabki czosnku
  • Sol I pieprz do smaku
  • Oliwa z oliwek

 


Do soji dodajemy jajko i orzechy nerkowca. Miksujemy blenderem.

Dodajemy płatki owsiane, pestki dyni i buraki starte na tarce i mieszamy lyzka.

Podsmazamy na patelni drobno pokrojona celule i posiekany czosnek na 1-2 lyzkach oliwy. Dodajemy tymianek i kminek. Po zeszkleniu i wymieszaniu dodajemy cebulę z przyprawami do mieszanki sojowej.

Doprawiamy solą i pieprzem.

Formujemy z masy burgery, które posypujemy sezamem i zapiekamy na blasze wyłożonej papierem lub wysmarowanej oliwa 15-20 min w 180 stC.

Smacznego!

20140803_125446